22/01/2021

Lato ubiegłego roku minęło. Cóż tam lato, cały rok już minął. A ja Wam obiecałam wakacyjną sesję w stadninie koni! I co? I nic! Nie dotrzymałam słowa? Zapomniałam? Nie miałam czasu? Czy co się stało?

Nic z tych rzeczy, pamiętałam, ale metropolia trzymała mnie w swoich granicach tak uporczywie, że tylko na chwilę udało mi się wyskoczyć na konie, na tereny zielone i w miejsca, w których można doznać zalet ciszy.

Kasia Bartoszewicz, główna stylistka Polskiego Teatru Mody, uznała, że cała sesja musi mieć wyjątkową oprawę: długą perspektywę, pejzaże z odpowiednim światłem, czyli nasłonecznieniem, z grą barw natury etc. Uznałam, że pomysł jest przedni i należy go jak najrychlej wdrożyć w życie. Ale to się okazało nie do końca możliwe, bo pandemia zbierała żniwo: najpierw właściciele stadniny koni byli na kwarantannie, potem konie na wypasie, wreszcie pogoda nie taka. Miałyśmy więc z Kasią trochę czasu na doszlifowanie pomysłów. Byłam zdania, że powinnyśmy pójść w niebywałą aranżację strojów, rejestrowanych w letnich leśnych pejzażach, wzmocnionych majaczącą polaną  na horyzoncie, oczywiście końmi wypełnioną. Gdy przedstawiłyśmy plan akcji zaprzyjaźnionej fotografce, ta po wysłuchaniu naszych pragnień uznała, że to tylko z lotu ptaka można zrobić takie zdjęcia. Więc wymyśliłyśmy, że zrobimy te zdjęcia przy pomocy dronów.

Konie niestety dronów nie zaakceptowały i pomysł upadł. Ja się jednak nie poddałam i uznałam, że skoro coś miałyśmy sfotografować z lotu ptaka, to nie należy się poddawać, tylko dalej uparcie szukać rozwiązania, w myśl zasady, że można wszystko osiągnąć, tylko nie wolno rezygnować! Wyprowadzono mnie jednak z błędnego myślenia, a może raczej z błędnej interpretacji rzeczywistości, przytaczając słowa dyżurnego satyryka Andrzeja Poniedzielskiego, który owszem, przyznał, że „można zawsze osiągnąć to, czego się chce, ale szkoda, że to tylko dotyczy siku!”. I publiczność przyznała mu rację, nagradzając brawami. Jej reakcja to poważny głos narodu; ignorować tego nie można i rację przyznać wypada. Jednak nie odpuściłam i uznałam, że proces tworzenia nie może mieć żadnych hamulców i ograniczeń, a siła wyobraźni musi się uwolnić, przynajmniej w moim przypadku. I tak powstała Wolność Ary, w mojej aranżacji, jako symbol przewodni twórczych aktów, które mamy zamiar realizować.

Plakat się spodobał i został przyjęty. Ale nadal leżała główna koncepcja stylizacji. Ja byłam zdania, że w aranżacji całości powinnyśmy pójść w kierunku połączenia różnorodności barw i nonszalanckiego przepychu, korzystając z propozycji Diego Vel ázqueza, który malował zarówno rodzinę królewską na hiszpańskim dworze, jak i karłów, żebraków i innych społecznie wykluczonych, którzy niezależnie od statusu na jego obrazach wyglądali może mrocznie, ale zawsze dostojnie. Kasia jednak uznała, że nasza kolekcja bardziej przypomina klimat Pabla Picassa, bo osiągnął on mistrzostwo w awangardowym postrzeganiu pokazywanego fragmentu rzeczywistości ze wszystkich stron równocześnie. Tym samym dowiódł, że dwa plus dwa tylko czasami równa się cztery.

Dygresję matematyczną przyjęłam, ale twórczość Picassa zanegowałam. W dalszej dyskusji również wykluczyłyśmy Vincenta van Gogha, bo uznałyśmy, że był zbyt mroczny i ponury, oraz Edgara Degasa, bo choć fenomenalnie malował konie i wyścigi, to jednak jego obrazy mają za dużo pajęczyny, czy raczej mgły. Albo ja powinnam zmienić szkła w okularach, bo wzrok mi siadł, pewnie jako efekt uboczny godzin spędzonych przed komputerem. Prawie pokłóciłyśmy się o Leonarda da Vinci, głównie o jego Monę Lizę, która moim zdaniem urodą nie zachwyca, ale to spostrzeżenie pomijam, bo to rzecz gustu i zaufania do malarza, a także do epoki, w której kryteria kobiecego piękna nie pokrywały się z obecnie obowiązującymi. Jednak to, co jest w tle za Moną Lizą, trochę mnie przeraża: pagórki, moczary, jak rodem z jakiegoś horroru.

Nieco dłuższą chwilę przytrzymał nas przy sobie Salwador Dali. Rozważałyśmy koncepcję surrealistyczną, ale narcystyczna osobowość Dali nas powstrzymała. Brałyśmy pod uwagę również  prace Paula Cézanne’a, który starał się zachwycić Paryż jabłkiem namalowanym w kilkunastu ujęciach na niezmieniającym się tle. Nasze tło musiało być dynamiczne i podążać za zmieniającym się światłem. Byłyśmy więc obie na granicy rozpaczy, że tyle wybitnych, niepowtarzalnych dzieł nie znalazło naszej akceptacji.

No, nie do końca. Z wyżej wymienionymi twórcami wygrał, bo został przez nas wybrany – kto? Niezrównany, niezwykły i ponadczasowy, jeden z twórców impresjonizmu – Claude Monet. Tylko on bez pomocy fotografii cyfrowej, programów komputerowych i dronów malował wędrujące światło, podążające za pogodą i porą dnia. Tak powstała koncepcja naszej najnowszej kolekcji. Ale nie łudźcie się, jeszcze jej nie zobaczycie! Odwiedziny najbliższych zmieniły nasze plany. Więc zamiast zdjęć z kolekcji – oto migawki z naszych  wakacyjnych spotkań. Konie były, ale na razie tylko rekreacyjnie. To ja i Baron, młodziutki konik polski: szybki, szalony i piękny.

Pandemia nam nie groźna, tylko trzeba umieć się stosować do panujących zarządzeń i umieć trzymać dystans. Oto, w jakich dresikach z kolekcji śmigałyśmy minionego lata.

Czas na filiżankę herbaty musi być zawsze, a rodzinny portret we wnętrzu obowiązkowy.

Obiecana sesja w niepowtarzalnym plenerze będzie, ale jeszcze chwilę poczekajcie, aż zmieni się zimowa aura na wiosenną i to, co trudne, smutne czy nawet pełne grozy – przeminie,  jak zawsze, i  tę „olimpiadę” wygramy!


O AUTORZE:

prof. Sławomira GruszewskaProf. Sławomira Gruszewska

Wykładowca
Szczecińskiej Szkoły Wyższej
Collegium Balticum

Biografia

Zobacz również
Skip to content